ETPC – Kursa vs Polska

Szanowni Państwo,

W załączeniu przesyłam uzupełniające dokumenty, o które prosiliście Państwo w piśmie          z 01.02.2011. W szczególności przesyłam kopię wyroku SN z 15.9.2010, a także pozostałe kopie dokumentów potwierdzające jak bardzo był mój proces rażąco nierzetelny.

Wyszczególnię ponownie zarzuty przeciwko Polsce, oraz dodaję uzupełniający komentarz :

  • W każdej instancji i na każdym etapie domagałem się przesłuchania moich świadków. Żadnego mojego świadka nigdy żaden sąd nie przesłuchał.  Domagałem się przeprowadzenia dowodów, o które wnioskowałem. Nigdy żadnego dowodu nie przeprowadzono. Jednocześnie dopuszczono i przesłuchano wszystkich świadków oraz przeprowadzono wszystkie dowody o które wnosił prokurator i oskarżyciele posiłkowi.

Jest to podstawowy zarzut, jako stawiam, gdyż jest on oczywisty do dowodzenia.  Wystarczy tylko postawić pytanie sądowi, kiedy został przesłuchany chociaż jeden jedyny świadek, o których przesłuchanie stale wnosiłem – począwszy od „śledztwa”, przez mój pierwszy „proces”,  apelację, ponowiony „proces”,  kolejną apelację i obydwie rozprawy w SN.  Zawsze podnosiłem, że nigdy nie było chociaż jednego świadka obrony, ale polskie „sądy” z najwyższym włącznie nawet nigdy do tego się nie ustosunkowały !!!

  • Uniemożliwiono mi na realne zadanie moich pytań świadkom oskarżenia, jedynym obecnym na moich „procesach” – część z nich przesłuchując pod moją nieobecność.
  • Na pierwszym moim „procesie” uniemożliwiono mi nawet na złożenie moich własnych zeznań. Na drugiej rozprawie marcu 2003 sędzia Maczuga powiedział, że „wszystko już wyjaśniło śledztwo i ja nie będę zeznawał”. I faktycznie nie zeznawałem! Dlatego wnosiłem wyjaśnienia na piśmie w moim pierwszym procesie – żaden sąd nigdy się do nich nawet nie ustosunkował.
  • Co do moich licznych pism, to żaden sąd nigdy nawet nie wziął tego materiału pod uwagę – SA i SN zawsze tylko stwierdzały, że odnoszą się tylko pism mojego adwokata z urzędu, a do moich pism – jako oskarżonego „nie muszą się odnosić”.  Adwokat przydzielony mi z urzędu to był staruszek, który pierwszy i ostatni raz odwiedził mnie w wiezieniu w 2004 roku i do końca – do 2010 roku nie miałem z nim żadnego osobistego kontaktu.  W efekcie moja obrona była totalną fikcją.
  • Część rozpraw – w tym najważniejsze rozprawy w pierwszym „najważniejszym” procesie w 2004 roku (z którego procesu „ustalenia” były już do końca jedynym „materiałem dowodowym”) prowadzono pod moją nieobecność – w szczególności najważniejsze ostatnie rozprawy z 2004 roku – gdzie uniemożliwiono mi nawet na moją obecność podczas zamykania „procesu” i pozbawiono mnie możliwości wygłoszenia mojej mowy końcowej, przed skazaniem mnie na dożywocie.

Według orzecznictwa SN pozbawienie oskarżonego możliwości wygłoszenia ostatniego słowa przed wyrokiem w 2004 roku stanowi tak poważny błąd proceduralny, że proces należy powtórzyć, ale w moim przypadku wszystkie błędy były celowe. I wszystko było proceduralnie zawsze ok. w kolejnych instancjach.

  • Uniemożliwiono mi na zadnie moich pytań o konkretne kryteria i konkretne dowody na te kryteria do biegłych psychiatrów wydających opinie w moich „procesach”.
  • Protokoły z rozprawy nie odpowiadały faktycznemu przebiegowi rozprawy (szczególnie w SO). Sędzia dyktujący protokół podawał własne interpretacje – „pasujące” do skazania mnie – całkowicie inne, niż wypowiedzi, które padały na sali sądowej. Moje domaganie się zapisywania w protokole faktycznych wypowiedzi wywoływały tylko śmiech sędziego.

Pierwszy „proces”  2003 – 2004 był nagrywany przez sąd.  Protokoły nie odpowiadają prawdziwemu przebiegowi rozpraw. Stale domagałem się wydania mi kopii nagrania mojej rozprawy – co rzekomo gwarantuje mi prawo w Polsce (art. 147 § 4 kpk). Po 4 latach w dniu 26.9.2008 wydano postanowienie, że otrzymam kopię nagrania mojej rozprawy, tylko gdy wpłacę kwotę 78.706,89 zł  (wtedy ponad 20.000 Euro !!!).  A ja miałem do dyspozycji w więzieniu miesięcznie ok. 250 zł (czyli ok. 70 Euro). – kopia tego pisma SO w załączeniu.

  • Dwukrotnie wnosiłem o wyłączenie krakowskiego sądu, bo do tragedii doszło z powodu fatalnej pracy właśnie krakowskiego sądu i bezpośrednim impulsem do tragedii był skandaliczny wyrok sędzi SO w Krakowie Hanny Marii Nowickiej de Poraj (dawniej Błasiak), która w dniu 6 stycznia 2005 r. została nominowana do krakowskiego SA i absurdem było, aby sądzili mnie jej koledzy. Jednak tak się stało i „sądzili” mnie jej koledzy. Oczywiście nie było nawet mowy o sprawdzeniu tego wątku !!!
  • Dwukrotnie postanowieniami SN (w 2002 i w 2005 roku) odrzucał wniosek o wyłączenie Krakowa ten sam sędzia SN Wiesław Kozielewicz – powiązany z Uniwersytetem Jagiellońskim, nakazując, aby mój „proces” był prowadzony przez krakowski sąd – który przecież był od początku zainteresowany, aby winą obciążyć tylko mnie, a nie swoich własnych sędziów.
  • Za każdym razem – 5 razy (2 x SO, 2 x SA i 1 x SN) wnosiłem o losowanie składu sędziowskiego, co rzekomo gwarantuje mi polskie prawo karne procesowe (art. 351 § 2 kpk). Nigdy nie losowano mojego składu. W „ponowionym” procesie nie miałem adwokata od dnia 01.06.2007 do 5.11.2007 (karta 6230), chociaż polskie prawo nakazuje konieczność posiadania obrońcy w sądzie okręgowym w I instancji. Zaraz po dniu 1.6.2007 wniosłem o losowanie składu. Odmówiono mi, twierdząc, że „tylko adwokat” może taki wniosek złożyć. A ja nie miałem adwokata, który obligatoryjnie musiał od początku być mi przydzielony. W dniu 19.7.2007 – administracyjnie zmieniono mi sędziego, a ja nic nie mogłem zrobić, nawet nie wiedziałem o tym, jak łamie się prawo w moim „procesie” – aż do połowy 2009 roku. Z kolei gdy składał wnioski               o losowanie składu mój adwokat z urzędu – także nigdy nie było losowania !

Łamiąc także art. 351 § 1 kpk – za każdym razem zmieniano mi sędziego wypadającego z listy i administracyjną, arbitralną  decyzją przewodniczącego wydziału zmieniano mi tego przydzielanego mi z kolejności sędziego na najbardziej „dyspozycyjnego” i znanego z łamania procedury sędziego, jaki był chwilowo do dyspozycji. Za każdym razem dostawałem tą arbitralną decyzją administracyjną sędziego rejonowego, który dopiero co zostawał delegowany do SO ( k. 1054 i k. 6072 – w załączeniu). Pierwszy sędzia tak „dobrany”, to był SR Wojciech Maczuga – z tego samego sądu, gdzie pracowała moja żona – jako sędzia (SR Kraków  Nowa – Huta). Sędzia Maczuga znany mi był prywatnie z tegoż sądu, jako najgłupszy i zarazem skrajnie surowy sędzia (o czym wiedziałem z towarzyskich kontaktów z kolegami mojej żony – sędziami z tegoż sądu). Kolejnym arbitralnie mi dobranym sędzią w SO był zaufany rzecznik prasowy SO – sędzia rejonowy Rafał Lisak – miesiąc wcześniej delegowany do SO.

W załączeniu kopia „Listy sędziów Wydziału III Karnego” – gdzie ewidentnie widać, jak w moim przypadku mataczono zmieniając mi uczciwą sędzię okręgową Beatę Górszczyk na dyspozycyjnego karierowicza – sędziego rejonowego Rafała Lisaka – rzecznika prasowego sądu.

Poza tym argument do zmiany sędziego „obciążony referat” – nie jest w żaden sposób wystarczającym, bo taki frazes można zawsze podać.

Reguluje to postanowienie SN z 2004.11.23, sygn. V KK 195/04, OSNKW 2005/1/5,       Lex  141190  :   1. Nadmierne obciążenie sędziego (sędziów) obowiązkami służbowymi, uniemożliwiającymi rozpoznanie sprawy przed upływem terminu karalności jest „inną ważną przyczyną” (art. 351 § 1 zd. 2 k.p.k.) uzasadniającą odstępstwo od obowiązku zachowania kolejności w wyznaczaniu sędziego (sędziów) do orzekania w sprawie.

U mnie zarzuty przedawniają się po 30 latach !!!

  • Dwukrotnie wnosiłem o losowanie składu w SA – za każdym razem mi odmówiono losowania – dobierając arbitralnie skład w SA – czyli wśród kolegów sędzi Hanny Błasiak – Nowickiej.

Sąd Apelacyjny w piśmie z 13/05/2005 – odrzucił mój wniosek o losowanie składu, chociaż powinien mi był w  tej sytuacji przydzielić obrońcę z urzędu, który złożyłby mój wniosek i wezwać mnie do uzupełnienia tego braku formalnego.  Zamiast tego przysłano mi, kto „został wyznaczony”  (czyli administracyjnie dobrany do mojego procesu).  Przysłana mi  „lista sędziów” z SA – to kpina.

Proszę porównać, jak taka lista powinna wyglądać – np. lista z SO.

Kopie „listy sędziów” z krakowskiego SA – w załączeniu.

A tak stanowi prawo:

ROZPORZĄDZENIE  MINISTRA SPRAWIEDLIWOŚCI z dnia 2 czerwca 2003 r.  w sprawie określenia szczegółowych zasad wyznaczania i losowania składu orzekającego  (Dz. U. z dnia 24 czerwca 2003 r.):

  • 1.1. Sprawy podlegające rozpoznaniu na rozprawie, wpływające do wydziałów karnych sądów pierwszej instancji i SĄDÓW ODWOŁAWCZYCH, wpisuje się niezwłocznie, w porządku chronologicznym, do właściwych repertoriów i oznacza kolejnymi numerami tych repertoriów. Data wpisu do repertorium odpowiada dacie wpływu sprawy do wydziału.
  • 2.1. W każdym z wydziałów, o których mowa w § 1 ust. 1, sporządza się, w porządku alfabetycznym, imienną listę sędziów orzekających w danym wydziale, zwaną dalej „listą sędziów”.

… 4. Listę sędziów sporządza się w dwóch egzemplarzach, z których jeden znajduje się u kierownika sekretariatu wydziału do wglądu dla stron, a drugi przechowuje przewodniczący tego wydziału.

Czyli zarówno losowanie składu, jak i obowiązek doboru sędziów chronologicznie do wpływu spraw także dotyczy sądów odwoławczych !!!   Zresztą to byłby nonsens, gdyby można było losować skład pierwszej instancji, ale już druga instancja – najważniejsza, bo wydająca prawomocny wyrok – nie może być uczciwie obsadzona !!!  Polska to faktycznie Dziki Kraj.

Kserokopie – w załączeniu.

  • Przed sprawą w SN wnosiłem o losowanie mojego składu i wyłączenie z mojego składu tego sędziego powiązanego z Uniwersytetem Jagiellońskim, który już 2 x nakazał, aby moją sprawę prowadził krakowski sąd – Wiesława Kozielewicza.  Nie losowano mojego składu w SN, a jako przewodniczącego składu i sprawozdawcę (czyli jednoosobowego decydenta) dostałem … Wiesława Kozielewicza, który wydał kuriozalny wyrok, że należy ponownie wydać sam wyrok – bez przeprowadzania jakichkolwiek dowodów w pierwszej instancji i jednocześnie Kozielewicz stwierdził, że jego dwie poprzednie decyzje o tym, aby krakowski sąd mnie sądził … były poprawne, bo krakowski sąd „prawidłowo” poprowadził mój „proces”. „Proces”, w którym nie było ani jednego mojego świadka, a moje prawo do obrony zostało w skrajny sposób złamane.

 

  • W SN jest 50 sędziów karnistów + 2 (prezesów – także karnistów). Czyli łącznie 52 sędziów mogło mnie sądzić. Prawdopodobieństwo trzykrotnego trafienia akurat na Kozielewicza = jak 1 do  ooo      (52 x 52 x 52 = 140.680).  Po prostu cały mój „proces” to jedno wielkie matactwo, krętactwo i oszustwo.

 

  • W składzie SN był sędzia Piotr Hofmański, na co dzień profesor UJ i prywatnie kolega … prof. Woleńskiego (!!!). Kilka lat temu UJ ustanowił nagrodę imienia … zastrzelonego filozofa A. Rojszczaka, jako „wyjątkowego człowieka”.  A był to człowiek, który 7 lat mnie wykańczał – aby ukraść mi cały dorobek mojego życia – moje mieszkanie.

 

  • Ostatecznie dwaj moi „biegli” zadecydowali o tak drastycznej karze (w praktyce mój wyrok, to kara śmierci na raty w więzieniu). Ci „biegli”, to doc. Heitzman i prof. Gierowski z … Uniwersytetu Jagiellońskiego,  koledzy prof. Jana Woleńskiego z UJ, który był przyjacielem i patronem zastrzelonego filozofa Rojszczaka.  Ci biegli, jak i wszyscy pozostali „biegli” wydali swoje „opinie” (każda całkowicie inna i wzajemnie się wykluczająca) bez jakichkolwiek obowiązujących od 1992 roku w Polsce i Europie kryteriów diagnostycznych ICD – 10.  Zresztą we wszystkich publikowanych także w prasie ich innych „opiniach” ci dwaj oszuści zawsze „rozpoznają” wszystkim badanym to samo → psychopatię. Zawsze i u wszystkich innych osób od wielu lat jest identyczna ta sama „diagnoza” tych 2 „biegłych” oszustów z UJ.

 

  • Cały ten ponury przykład łamania wszystkich elementarnych zasad prowadzenia rzetelnego procesu, także zapisanych w polskim kodeksie postępowania karnego – trwał 9 lat, w czasie, gdy ja cały czas jestem w więzieniu.

 

  • Dzisiaj już nic nie da się udowodnić z moich tez obrony, bo najważniejsi moi świadkowie już zmarli, a ci, którzy nadal żyją, po ponad 9 latach od tragedii już niewiele pamiętają.

 

  • W Polsce po rzekomym „końcu” komunizmu w Polsce w 1989 roku – pozostawiono wszystkich bolszewickich sędziów. Ci starzy komuniści dzisiaj rządzą w polskich „sądach”. W krakowskim „sądzie” i w Sądzie Najwyższym praktycznie decyduje grupa starych komunistycznych sędziów i powiązanych z nimi starych komunistycznych profesorów uniwersytetów (szczególnie Jagiellońskiego), którzy są ze sobą powiązani na wiele sposobów – towarzysko, rodzinnie, zawodowo, powodując, że w praktyce prawo istnieje tylko w kodeksach. A „procesy” – tak jak i mój – to kpina z prawa.

 

Reasumując: przez 9 lat tendencyjnie dobierani mi sędziowie łamiąc wszelkie moje prawa do obrony uniemożliwili mi na powołanie moich świadków i moich dowodów, jedynym materiałem dopuszczonym do procesów był tylko jednostronny i tendencyjny materiał oskarżenia.  Biegli – stronniczo dobrani, na tym tendencyjnym materiale wydali opinie nie oparte o obowiązujące kryteria diagnostyczne ICD – 10 i jednocześnie uniemożliwiono mi na zadanie im konkretnych pytań o konkretne kryteria diagnostyczne (np. do rozpoznania psychopatii i innych kluczowych kwestii – jak zagadnienia mojej poczytalności).

 

Krakowski „sąd” i tak już mi totalnie zrujnował całe życie. Od 10 lat jestem w więzieniu,      nie mając rzetelnego procesu.

Dzisiaj straciłem już wszystko i to bezpowrotnie, co było dla mnie istotne w życiu – dzieci, żonę, zdrowie, pracę. Z pomocą krakowskiego skorumpowanego i dysfunkcyjnego „sądu” „poszkodowani” Rojszczakowie zagarnęli cały dorobek materialny moich 41 lat życia,      wart ok. 3 mil. zł.   Dzisiaj już nie mam kompletnie nic.

 

Proszę więc, aby chociaż Trybunał publicznie ujawnił skalę matactw w moich „procesach” prowadzonych w krakowskim „sądzie” „w imieniu RP”.

Całość dokumentu w załączeniu w PDF…..

Nadzwyczajna kasta ludzi

Trudno o trafniejszą i bardziej zwięzłą diagnozę dzisiejszego skrajnie patologicznego stanu polskiej Temidy, jak słowa sędzi Ireny Kamińskiej, wypowiedziane 3.9.2016 na Nadzwyczajnym Kongresie Sędziów, która nazwała sędziów „nadzwyczajną kastą ludzi”.

Dla wyjaśnienia, kasta togrupa społeczna strzegąca swej tradycyjnej odrębności, pozycji społecznej, praw i przywilejów, niekiedy oparta na dziedzicznej przynależności członków, tworząca hierarchiczną strukturę społeczną, usankcjonowaną religijnie i prawnie»  (słownik j. polskiego PWN)

Tak powstała ta nadzwyczajna kasta – jak to opisała sama Pierwsza Prezes SN:

Rzeczpospolita, środa 6.8.2014             prawo.rp.pl          JAK ZOSTAŁAM PRAWNIKIEM…

 Byłam trochę kujonką

Prof. Małgorzata Gersdorf, Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego

 

Podobno myślała pani o studiach w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego…

Prof. Małgorzata Gersdorf: Nie trwało to długo, ale w liceum rozważałam takie studia. Lubię pielęgnować rabatki, stąd taka myśl. A tak naprawdę zawsze chciałam być prawnikiem.

Dlaczego?

Na pewno ukształtowała mnie atmosfera domu rodzinnego. Mama była sędzią i zawsze mówiła, że to dla niej najukochańszy zawód. Tata był adwokatem i profesorem. 0 prawie ciągle mówiło się w domu. Bywały u nas takie tuzy jak Dubois, Garlicki, de Virion, Pietrzykowski. W sobotę grali w brydża, rozmawiali o prawie. W moich oczach byli geniuszami.

Czy to właśnie mama pokazała pani sąd?

Kiedy miałam pięć lat, postanowiła mi pokazać, gdzie pracuje. Zabrała mnie do dużej sali rozpraw, a ja spytałam: „gdzie Bozia?” To był jakiś 57- 58. rok, więc; była pewna konsternacja. Mama jednak jakoś wybrnęła z sytuacji, mówiąc, że to też mistyczne miejsce, bo tu się wymierza sprawiedliwość.

Wychowując się w takiej atmosferze, musiała pani pójść na prawo…

Nigdy tej decyzji nie żałowałam. Studia bardzo mi się podobały. Na egzaminy chodziłam zawsze z Hanną Gronkiewicz; jedna czarna, druga biała, uważałyśmy, że to dobry zestaw. Nigdy nie było wiadomo, kto ma egzaminować. A niektórzy wykładowcy rzeczywiście byli postrachem. Na przykład profesor Salwa, u którego pisałam później doktorat. Było nawet takie powiedzenie: jeden Salwa, trzy trupy. Kiedy okazało się, że to on egzaminuje, większość studentów uciekła. Zostałyśmy tylko my dwie. Wcześniej wzięłyśmy środki na uspokojenie, to nie był dobry pomysł. Ja miałam w pamięci tylko połowę kodeksu, próbowałam tę watę w mózgu jakoś odsunąć. Dostałyśmy czwórki z plusem. A przecież my, kujonki, starałyśmy się zawsze o piątki…

Kujonki?     Byłyśmy trochę kujonkami. Studia nie za bardzo absorbowały. WYSTARCZYŁO UCZYĆ SIĘ DWA MIESIĄCE W ROKU, RESZTĘ MOŻNA BYŁO PRZEZNACZYĆ NA ZABAWĘ.

Jak trafiła pani później właśnie do profesora Salwy?

Pracę magisterską pisałam u prof. Witolda Czachórskiego. Chciałam zostać w jego katedrze. No, ale profesor wolał pracować z mężczyznami. Parytetów wtedy nie było. Dlatego rozmawiałam też z prof. Salwą. Prawo pracy też częściowo opiera się na prawie cywilnym. Pracę z prof. Salwą wspominam bardzo dobrze. Był kojarzony z konkretną opcją, nigdy się nie wyparł swojej lewicowości. Ale nie zmuszał nas do przyjęcia jakichkolwiek poglądów. Miał powiedzenie: „każdy jest grabarzem swojego losu”, które wygłaszał przy każdej okazji, także przyjmując mnie do pracy.

Podczas pracy na Uniwersytecie Warszawskim działała też pani w „Solidarności”. Nie miała pani z tego powodu problemów?

Miałam pewną obawę, co prof. Salwa powie. Ale powiedział tylko: „Czy to nie przedwczesna decyzja, pani Małgosiu? Mamy przecież ZNP. Ale zrobi pani, jak pani uważa”. Wiedział, jakie mam pochodzenie i poglądy. Nie mieliśmy na naszym wydziale żadnych kłopotów w związku z przynależnością do „Solidarności”.

Nie ograniczyła się pani do uczelni, była radcą prawnym.

To wpływ mojego taty, który zawsze mówił, że pracę naukową trzeba łączyć z praktyką. Dlatego skończyłam  aplikację sądową, potem zdałam egzamin  radcowski.  Występowała pani jako pełnomocnik w głośnych procesach. M.in. w sprawie Tomasza Lisa z TVN. To nie była łatwa sprawa. Zakończyła się ugodą. Przyniosła mi dużo satysfakcji, ale i sporo stresów.

Jako sędzia trafiła pani od razu do Sądu Najwyższego. Jak wspomina pani początki?

Trochę musiało potrwać, zanim poczułam się gotowa do ferowania wyroków. Miałam chwile zwątpienia. Wydawało mi się, że mnie to przerasta. Ciągle pojawiały się nowe akta – taka taśma. Myślałam z przerażeniem, że nie jestem w stanie w

 

żaden sposób zakończyć swoich zadań. Mówiłam nawet prezesowi kierującemu Izbą Pracy, że chyba zrezygnuję. Skomentował, że jeszcze czegoś takiego nie było w historii SN.

 Ma Pani jeszcze dziś czas zajmować się rabatkami?

Tak, mój dom jest pełen kwiatów.                                       —rozmawiała Katarzyna Borowska

 

POLNISCHE  JUSTIZ !    To jest kwintesencja poziomu polskich sądów. Sędziowski primus inter parens – Pierwszy Prezez SN. Kujon to student, który uczy się tekstu na pamięć,  a nie ze zrozumieniem.  Kujon po egzaminie zapomina to, co wykuł na pamięć.  „Studia nie za bardzo absorbowały. WYSTARCZYŁO UCZYĆ SIĘ DWA MIESIĄCE W ROKU, RESZTĘ MOŻNA BYŁO PRZEZNACZYĆ NA ZABAWĘ.” 

 

Dlaczego mamy tak fatalny stan polskich sądów, pomimo trwających od 25 lat reform i olbrzymich nakładów inwestycyjnych na sądownictwo?  Zasada zwana brzytwą Ockhama zaleca poszukiwania najprostszych wyjaśnień sytuacji. Jeżeli pomimo dobrych narzędzi i materiałów majster budowlany od lat partaczy pracę, to zapewne mamy do czynienia z kiepskim majstrem. Tak samo jest z sądownictwem. Żadne zmiany nic nie dadzą, gdy nadal będziemy mieli do czynienia z partaczami w togach, którzy nie podlegają jakiejkolwiek realnej kontroli.

 

Dobry sędzia musi być człowiekiem inteligentnym, posiadającym doświadczenie życiowe, znającym i rozumiejącym prawo oraz ściśle przestrzegającym procedury.  Zamiast tego mamy fatalnych, często rażąco nieinteligentnych sędziów, łamiących dowolnie prawo, procedurę. Ale za to niezawisłych od czegokolwiek. W sądach zamiast prawa rządzą wewnętrzne układy i korupcja, o jakiej w PRL-u trudno było pomarzyć. Sama konstrukcja systemu funkcjonowania sądów jest patologiczna. Nic nie daje nawet to, że wśród potencjalnych sędziów są osoby mądre, inteligentne i uczciwe.  Amerykański psycholog prof. Zimbardo wyjaśnia, że gdy nawet zdrowego ogórka wsadzimy do beczki z octem, to on także musi skisnąć.

 

Dzisiejsze sądy powstały po 1945 roku. Nie dość, że wojna zdziesiątkowała polską inteligencję, to dodatkowo władza komunistyczna tworzyła PRL-owskie sądy w oparciu na miernych, ale za to dyspozycyjnych osobach, które swój nagły awans społeczny zawdzięczały tylko i wyłącznie partii komunistycznej. Ostatnią osobą możliwą w komunistycznym sądzie był mądry i faktycznie niezawisły sędzia. W PRL-u powstał „samorząd” sędziowski (i inne – skoligacone samorządy prawnicze) i w ten sposób dzisiaj mamy „grupę społeczną strzegąca swej tradycyjnej odrębności, pozycji społecznej, praw i przywilejów, opartą na dziedzicznej przynależności członków, tworząca hierarchiczną strukturę społeczną” – czyli kastę sędziowską. Typowy dzisiejszy sędzia to BMW. Bierny, Mierny ale Wierny.

 

Po transformacji w 1989 roku – do dzisiaj nic realnie nie zmieniło się w sądach. Obecnie tylko wysokość łapówek w sądach uległa zmianie. Fatalną była ta „gruba kreska” Mazowieckiego. Nadal sądzą i rządzą starzy komunistyczni sędziowie i ich pociotki. Niestety inteligencja ludzka jest cechą dziedziczną i stąd od 15 lat spotykam się tak rażącymi przykładami głupoty pisanej „w  imieniu RP”, że aż trudno w to uwierzyć. Korporacja sędziowska skutecznie broni się przed jakakolwiek możliwością kontroli swojej pracy. Realna kontrola jest fikcją, bo kolejną instancją jest kolega lub koleżanka sędziego, sędziów równie „mądrych” i zawisłych, co pierwszy sędzia.  Bardzo dosadnie opisała karierę sędziowską, a także wagę pochodzenia z kasty prawniczej i przebieg studiów prawniczych koleżanka Hanny Gronkiewicz – Waltz  czyli  I prezes SN Małgorzata Gersdorf w wywiadzie z 6.8.2014 w „Rzeczpospolitej”.  Ten świetny wywiad jest dostępny na stronie www.rp.pl. p.t. „Byłam trochę Kujonką”. Tak samo, jak studentce Gersdorf „wystarczało uczyć się 2 miesiące w roku, resztę można było przeznaczyć na zabawę”, tak samo „uczą się” prawa inne dzieci z kasty prawniczej.  „Kucie” to bezmyślne zapamiętywanie materiału, który zapomina się na drugi dzień po egzaminie. Niestety sędzia musi rozumieć prawo, a do tego potrzeba o wiele więcej czasu intensywnej nauki, niż

 

2 miesiące x 5 lat = 10 miesięcy „kucia”. Dodam, że na egzaminach sędziowskich przyszli sędziowie tak samo się nadal ściągają korzystając z gotowców, jak na studiach. Więc dlaczego tacy sędziowie mieliby inaczej pracować? Oznacza to w praktyce realnie 2 miesiące „pracy” w całym roku czyli przepisywania gotowców metodą kopiuj/wklej w uzasadnieniach swoich mądrych i niezawisłych wyroków.

 

Dlatego sędzia Gersdorf, o właściwym „pochodzeniu i poglądach” byłaby idealnym kontrolerem administracyjnym dla reszty sędziowskiej kasty. Stąd żądanie kongresu sędziów, aby tę resztkę kontroli administracyjnej ich „pracy” wyjąć spod tej minimalnej obecnie kontroli MS.  A Minister Sprawiedliwości najlepiej, to powinien być tylko milczącym księgowym i wypłacać bardzo wysokie pensje sędziowskie, za te faktyczne 2 miesiące ich dziadowskiej pracy w roku.

 

Autorami dzisiejszego prawa są doświadczeni komunistyczni prawnicy, równie uczciwi, co dzisiejsi sędziowie. Dla przykładu – obecne prawo i procedurę karną tworzył zespół prawników z UJ, pod kierunkiem prof. Andrzeja Z.  Ten dzisiejszy patriota i katolik, jak i inni prominentni profesorowie prawa był asystentem bezwzględnego komunisty prof. Buchały, który dbał o właściwy dobór swoich PRL-owskich kadr prawniczych. Gdy prof. Z. był Rzecznikiem Praw Obywatelskich, to deklarował, że „dopilnuje, abym został przykładnie ukarany”, bo nadal był prof. UJ. I zostałem „przykładnie ukarany”. Na początku uniemożliwieniem mi na jakąkolwiek realną obronę w sądzie. Taki to był rzecznik obywateli.

 

Dzisiejsze kodeksy są plagiatem np. niemieckich kodeksów.  Z jedną zasadniczą różnicą. W niemieckich kodeksach jest zapisane co robi sędzia. W polskich kodeksach dodano jedno słowo „może”.  W efekcie polskie sądy mogą wszystko i nie muszą nic!  Gdy do tego dodamy wykładnię słowa „niezawisły” rozumianą, jako przyzwolenie na całkowitą dowolność swoich wyroków w korupcyjnym i kastowym systemie sądowym – to otrzymujemy państwo bezprawia, z którego normalni ludzie mogą już tylko wyemigrować do normalnych krajów, aby bezpiecznie i spokojnie żyć.

Faktycznie nie ma różnych korporacji sędziów, prokuratorów, adwokatów czy komorników. Jest tylko jedna wielka i skoligacona ze sobą rodzinnie lub majątkowo korporacja prawników. A dokładniej zamknięta kasta prawnicza.

 

Jak wygląda w praktyce sędziowska niezawisłość? Opowiem o przykładzie, który znam, niestety najlepiej. Po notarialnym kupieniu w 1989 roku praw do powiększenia własnego małego mieszkania w moim rodzinnym domu i po uzyskaniu wszystkich pozwoleń administracyjnych w okresie 3 letnich miesięcy 1990 roku rozbudowałem je do ok. 150 m2. Żadne z istniejących uprzednio mieszkań nie uległo jakiejkolwiek zmianie. W 1994 roku, 4 lata po rozbudowie inne  z mieszkanie w domu kupił od mojej kuzynki 30 letni roszczeniowy filozof z UJ, który stwierdził, że „ma prawo do mojego mieszkania”. Po 4 latach horroru jak z filmu „Sami swoi” w lutym 1998 roku złożyłem pozew do sądu w Krakowie o wpisanie do ks. wieczystych faktu powiększenia metrażu mojego mieszkania, dołączając komplet dokumentów. Do dzisiaj, 18 lat trwa proces o stwierdzenie, że moje mieszkanie jest moje! A przypominam, rozbudowa trwała 3 miesiące!  Dysfunkcjonalność sądu uskrzydliła mojego sąsiada z piekła rodem. W dniu 27 wrześniu 2001 sędzia Hanna B. wydała skandaliczny wyrok, który bezpośrednio wywołał tragedię i śmierci 2 osób. Ja trafiłem do więzienia, a sędzia Hanna B. awansowała do Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Ten wyrok i absurdalny – trwający kilkanaście lat proces, kosztujący życie kilku ludzi, ruinę 2 rodzin, został dopiero właściwie oceniony przez wyrok  Sądu Najwyższego  (Izba Cywilna) w dniu 27.08.2015, III CSK 383/14. I oczywiście żaden z tych licznych krakowskich sędziów prowadzących te skandaliczne postępowania nie poniesie konsekwencji swojego partactwa i głupoty (ew. korupcji).

 

 

 

Natomiast w moim postępowaniu karnym przez 9 lat trwania procesu sędziowie nie dopuścili ani jednego świadka lub dowodu, o które stale wnosiłem. Za każdym razem administracyjnie dobierano mi dyspozycyjnego sędziego, chociaż domagałem się losowania składu. Pierwszego doświadczonego sędziego okręgowego przewodniczący wydziału sędzia Kieta tak po prosty zmienił na sędziego rejonowego Wojciecha M., z tego samego sądu, gdzie sędzią była także moja żona! Ten sędzia znany był w sądzie mojej żony z tego, że uniemożliwia jakąkolwiek obronę, a wyroki wydaje maksymalnie wysokie, czyli odwrotnie do swojej inteligencji. Moje stałe wnioski o wyłączenie znajomego mi oszołoma zawsze odrzucano. Kolejnych sędziów miałem z sądu, gdzie pracowała i nadal pracuje sędzia Hanna B. (dzisiaj Hanna N. de P.), czyli sędziów z SA w Krakowie. Zostałem skazany na maksymalną karę, chociaż w merytorycznie analogicznym przypadku Sąd Apelacyjny w Katowicach w dniu 01.12.2000, II AKa 295/00 odstąpił od ukarania sprawcy zastrzelenia 2 osób. To jest dopiero niezawisłość od czegokolwiek. Dla zainteresowanych polecam niedopuszczone w sądzie materiały na stronie  www.andrzejkursa.pl .

 

Jak można wysprzątać tę prawniczą Stajnię Augiasza? Nie da się cofnąć czasu do 1998 roku i zlustrować komunistycznych sędziów. Dzisiaj należy w pierwszej kolejności wprowadzić realną kontrolę sędziów oraz ich nominacji poza zamkniętą korporację prawniczą. John Emerich Acton przestrzegał, że władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie. Fryderyk Nietzsche zauważył, iż „władza przede wszystkim czyni głupim”. Na pewno sami sędziowie oraz prawnicy pochodzący z kasty sędziowskiej nie zmienią korzystnego, ale dla siebie prawa. Aby do sądów trafiali mądrzy, uczciwi i dobrze wykształceni sędziowie trzeba wprowadzić maksymalnie transparentne zasady powoływania na stanowiska oraz awansów. Postępowania jawne – czyli większość z dzisiejszych procesów musi zostać  udostępniona publicznie – np. w Internecie, najlepiej na żywo, jak transmisje z obrad sejmu. Nic tak nie zmobilizuje sędziego do uczciwego prowadzenia sprawy, jak świadomość, że każdy zainteresowany może śledzić przebieg sprawy i ją sobie nawet nagrać. Wtedy ograniczy się nagminne w sądach fałszowanie protokołów z rozpraw.  Musi istnieć realna możliwość usunięcia z urzędu głupiego lub nieuczciwego sędziego. Dzisiejsze sądy korporacyjne to fikcja.  Podobno nikt nie może być sędzią we własnej sprawie. Ale sama korporacja sędziowska – to już może się „sama” osądzać.

 

Czytałem w ubiegłorocznym „Der Spiegel” wywiad z arabskim księciem. On dziwił się organizacji wynagrodzenia lekarzy w Europie, bo lekarzom finansowo opłacało się, aby ludzie chorowali. Wtedy zarabiają, gdy ludzie chorują.  Ten książę opowiadał, że on opłaca wysoko swoich lekarzy, za to, że jest zdrowy.  A gdy zaczyna chorować, to wstrzymuje lekarzom pensję. Wtedy lekarze stają na głowie, aby on jak najszybciej wyzdrowiał. Nic tak nie poprawia morale jak groźba utraty zarobków.

Dlatego bardzo słuszna jest możliwość ograniczania bardzo wysokich pensji sędziom – partaczom.  Nikt nie płaci murarzowi partaczowi za to, że jego tatuś i korporacja zrobiła synka murarzem. Tylko, że dla sędziego, zarabiającego co miesiąc kilkanaście tysięcy złotych netto groźba utraty 1 tys. zł to żadne zagrożenie.  I tak sędzia partacz, otrzymujący nawet minimalną pensję krajową za udawanie, że pracuje, to i tak byłoby aż za dużo. Inną kwestią są ograniczenia w pensji przy poziomie dzisiejszych łapówek w sądownictwie. Jak wiadomo, dzisiaj zamiast koniaku z Pewex-u sędziowie i prokuratorzy biorą kwoty od kilkudziesięciu tys. zł, do ponad milionowych kwot. Oczywiście większość sędziów nie weźmie czegokolwiek od obcej osoby.  Łapówki przekazują adwokaci i nie ma śladu po kasie.

 

Dlatego powinno się zweryfikować dochody sędziów z ostatnich np. 5 lat i porównać z ich faktycznym stanem majątkowym oraz z ich zeznaniami podatkowymi. Człowiek uczciwy nie musi się niczego obawiać, a z deklaracji środowisk prawniczych podobno korupcja, to znikomy margines.  Więc tylko ta znikoma liczba sędziów będzie protestować. Takiej „lustracji” majątkowej nikt uczciwy nie musi cię przecież obawiać.  Immunitet sędziowski oraz prokuratorski to także niezrozumiały relikt PRL-u.

 

Takiego immunitetu człowiek uczciwy nie potrzebuje. Natomiast gwarancja bezkarności (czyli zasadniczy sens immunitetu) tylko zachęca do łamania prawa.  Dlaczego pijany sędzia kierowca, czy sędzia łapówkarz nie może być traktowany, jak każdy inny – równy wobec prawa człowiek? Jakoś tutaj na kongresie sędziów nikt nie płakał o łamaniu  art. 32 ust. 1 Konstytucji RP w przypadku kasty sędziowskiej?

 

Poza materialną korupcją istnieje jeszcze większa korupcja w sądach polegająca na załatwianiu spraw na zasadzie znajomości. Jest to analogiczne przestępstwo łapówkarstwa, które w tym przypadku polega na przyjmowaniu korzyści osobistej, co precyzuje art. 228. § 3 kk (zagrożone karą do 10 lat więzienia).  Ten proceder kwitnie, bo jest w praktyce całkowicie bezkarny.

 

„Załatwianie” korzystnego wyroku dla „życzliwego” profesora prawa, który później „życzliwie” potraktuje na egzaminach nieinteligentne dziecko sędziego, „życzliwość” dla adwokata, który później pomoże w aplikacji adwokackiej siostrzenicy sędzi, to jest zwykłe łapówkarstwo.  Najgorsza jest jednak  korupcja wewnętrzna w sądach. Kilku decydentów (prezesi, członkowie kilkuosobowego kolegium sądu – decydującego o nominacjach i awansach, elita sędziowska – np. sądy apelacyjne, czy też prominentni adwokaci) są w stanie załatwić wszystko. Od dobrania dyspozycyjnego sędziego do danej sprawy, aż po „życzliwy” wyrok.

Ten patologiczny system chroni pochodząca z PRL-u przeklęta strategia samorządności w korporacjach prawniczych. Krajowa Rada Sądownicza dba wyłącznie o interesy kasty. Tak samo, jak Kolegium Sądu lub Zgromadzenie Sędziów. One tylko dbają, aby nominacje dostały osoby pasujące do kasty sędziowskiej, wyznającej jej niepisane korupcyjne reguły. Człowiek uczciwy, niezależny, mądry i spoza układu sędziowskiego nie zrobi w dzisiejszym sądzie kariery.

 

Na ostatnim kongresie, mój znajomy z czasów wolności sędzia z KRS-u Waldemar Żurek oburzał się „arbitralną odmową Prezydenta zrealizowania nominacji sędziowskiej” osób, które wskazała sędziowska elita korporacyjna. Szkoda tylko, że Waldek jakoś nie oburzał się w telewizji, gdy oceniał pracę krakowskiego sądu w moim przypadku (TVP.pl  „Sprawa dla reportera” 22.4.2010), np. arbitralnego nie dopuszczenia chociaż 1 świadka lub 1 dowodu obrony w trwającym 9 lat „procesie” karnym lub trwającym do dzisiaj 19 letnim „procesie” o stwierdzenie, że moje mieszkanie jest moje, chociaż normalny sędzia mógł to rozstrzygnąć z samych dokumentów i znajomości art. 3 ustawy o własności lokali na jednym posiedzeniu! Niestety kiepski (lub sprzedajny) sędzia potrafi tylko przeciągać prostą sprawę w nieskończoność. Po kilku latach awansuje, a starą sprawę pod nową sygnaturą dostanie inny specjalista i tak dalej.  Stąd tyle „pracy” w polskich sądach.

 

W przypadku korupcji sędziów lub prokuratorów kara powinna być tak wysoka i postępowania w tych sprawach powinny być skuteczne, aby faktycznie zacząć likwidować to niszczące polską Temidę łapówkarstwo. Uważam, że w przypadku udowodnienia sędziemu łapówkarstwa, powinien on odpowiadać z zagrożeniem od 8 lat do 25 lat bezwzględnego więzienia. Śledztwa dotyczące korupcji  w sądownictwie powinny mieć absolutny priorytet, bez możliwości ich blokowania przez kolegów z kasty, jak to jest dzisiaj. Powinien powstać odrębny artykuł w kodeksie karnym i to w rozdziale XVII „Przestępstwa przeciwko Rzeczpospolitej Polskiej”. Nic tak nie niszczy państwa, jak zawiśli lub sprzedajni sędziowie.  Inaczej nigdy nic nie poprawi polskiej zdegenerowanej Temidy.

 

Dzisiaj wynagrodzenia sędziów są nieproporcjonalnie wysokie, a ich przywileje są niespotykane w innych grupach zawodowych. Za to efekt ich pracy jest żałosny. Sądy dzisiaj to najgorzej funkcjonująca instytucja w Polsce. Jeżeli ktoś chce pracować jako sędzia, to musi mieć świadomość, że on jest pracobiorcą, a państwo jest jego pracodawcą. A nie odwrotnie! Trzeba polską Temidę w końcu postawić na nogach, co powinno zostać przeprowadzone w 1990 roku.  Sądy są dla ludzi, a nie dla

 

wygody kasty prawniczej. Musi istnieć procedura zewnętrznej kontroli nad sądami i możliwość usunięcia sędziego partacza. Dla dobra tych ludzi, którzy jeszcze nie zdecydowali się na emigrację z kraju i normalne, spokojne, i bezpieczne życie w krajach gdzie prawo znaczy prawo, a sądy nie są chorą postkomunistyczną kastą.

 

 

  1. Na potwierdzenie opisanych powyżej faktów polecam rozmowę z sędzią Sądu Okręgowego w Warszawie Anetą Łazarską opublikowaną 15.9.2016 w „Rzeczpospolitej” (jest na stronie www.rp.pl) p.t. „Łatwiej wołać o surowe kary dla sędziów, niż rozwiązać ich problemy”, która wyjaśnia pojęcie „niezawisłości” oraz poziom intelektualny u polskich sędziów (sędzia nawet nie dostrzega tych głupot, które sama przekazuje do publikacji na całą Polskę).

 

– cytaty z tej rozmowy:

…  Sędzia A. Łazarska: „Sądy są bowiem bardzo silnie związane ze społecznością lokalną”.

… rp : Kolejna propozycja dotyczy zmian w postępowaniach dyscyplinarnych. Może minister ma rację, twierdząc, że sędziowie nie są zbyt obiektywni, jeśli chodzi o sądzenie swoich…

 

A.Ł.: „Taki jest rzeczywiście przekaz medialny. Może wynika z ogólnej atmosfery stworzonej wokół sędziów, nieustannego przekazu, że jesteśmy kastą, mamy przywileje itd. …

Pewnie zresztą łatwiej nawoływać, aby surowo karać sędziów, niż skupić się na kształtowaniu prawidłowych postaw i krzewieniu etyki sędziowskiej choćby poprzez ustawiczne szkolenia.”

 

rp : Rząd przesądził niedawno, że w katalogu kar dyscyplinarnych u sędziów pojawi się kara finansowa.

To dobry pomysł?

 

A.Ł.: „To kolejne populistyczne rozwiązanie. Łatwiej przecież karać finansowo za przewlekłość, niż rozwiązać problem referatów sędziów mających po 1000 spraw. Obawiam się wręcz, że jeżeli będziemy tę karę łączyć z przewlekłością postępowania, to negatywnie odbije się to na skuteczności skargi na przewlekłość.

Sądy, wiedząc, co grozi sędziom po orzeczeniu o przewlekłości, nie będą jej stwierdzać.”

 

—————————————————————————————————————————————

 

I wszystko jest jasne. Dla niezorientowanych w realiach sądowych wyjaśniam. Wśród sędziów faktycznie najatrakcyjniejsze są ich szkolenia. Są to świetne kilkudniowe wyjazdowe imprezy „integracyjne” w atrakcyjnych hotelach na koszt podatnika. Po takich imprezach wzrasta „bardzo silne związane ze społecznością lokalną (czytaj sędziowską)”. Dlatego największa korupcja w sądownictwie to wewnętrzne „załatwianie” wyroków. Oczywiście wpływ na wiedzę prawniczą po takich „szkoleniach” jest żaden, bo podczas fikcyjnych przedpołudniowych referatów społeczność lokalna zajęta jest odsypianiem nocnej imprezy i metabolizacją etanolu. Szkolenia te mają istotny związek, ale tylko z ilością rozwodów w środowisku sędziowskim.

 

Moja Historia

Urodziłem się w Krakowie w 1960 roku w rodzinnym domu, który wybudował mój dziadek w 1938 roku.  Od 1978 roku 2 mieszkania na parterze ( 1- i 3-pokojowe) zostały własnością siostry mojej matki i jej córki. Pierwsze piętro z dwoma mieszkaniami (także 1- i 3-pokojowe) oraz mansarda na II piętrze zostały własnością mojej mamy, moją i mojej siostry.  Razem z moim ojcem przez wiele lat  planowaliśmy aby rozbudować moja mansardę do metrażu całej kondygnacji na II piętrze, na co całymi latami zbierałem potrzebne fundusze.  Po śmierci ojca w 1989 roku postanowiłem zrealizować nasze plany.

Odkupiłem od kuzynki wszelkie prawa własności do reszty strychu (na którym znajdowała się moja mansarda) – czyli całego II piętra (→ załączniki).  Dostałem wszelkie wymagane prawem pozwolenia na budowę i latem 1990 roku w ciągu 3 miesięcy rozbudowałem moją własna mansardę do 150 m2 – czyli do wielkości całej kondygnacji na II piętrze.  W 1990 roku dach istniejący od 1938 roku pozostał niezmieniony, został tylko podniesiony o 1 kondygnację.  Ta rozbudowa w 1990 roku pochłonęła wszystkie moje oszczędności. W Polsce perspektywy pracy były niewielkie. Mając drugie – niemieckie obywatelstwo rozpocząłem pracę w Niemczech, a za zarabiane pieniądze wykańczałem moje rozbudowane mieszkanie. Pod koniec 1993 roku mieszkanie było wykończone i umeblowane. Do zakończenia rozbudowy brakowało tylko czasochłonnych odbiorów, na które nie miałem czasu     z uwagi na moją pracę w Niemczech.

W dniu 27.9.1994 od kuzynki (która w 1990 roku sprzedała mi prawa do rozbudowy mojej mansardy) mieszkanie na parterze odkupiło małżeństwo A. i A. Rojszczaków.  Na początku 1996 roku wykonałem wszystkie odbiory budowy (→ załączniki).  Wtedy też latem 1996 roku ustaliłem      z Arturem Rojszczakiem, że notarialnie wprowadzę powiększone moje mieszkanie do ksiąg wieczystych. A. Rojszczak się oczywiście zgodził. Chciał tylko „sprecyzować szczegóły” dotyczące użytkowania np. ogrodu i poprosił o spotkanie za 1 miesiąc.  Bardzo zależało mi na utrzymaniu dobrych stosunków z nowymi mieszkańcami w domu – nasze córki były w tym samym wieku.            A. Rojszczak na kolejne spotkanie przyszedł ze swoją znajomą – radcą prawną Elżbietą Czarnecką. Ponownie poprosił on o 1 miesiąc zwłoki, zapewniając mnie, że oczywiście się zgadza na wpisanie stanu faktycznego do ksiąg wieczystych.  Przez prawie 2 lata przyjeżdżałem z Niemiec co miesiąc na te spotkania do Krakowa z małą córeczką i żoną. Pod koniec 1997 roku w końcu oświadczyłem         A. Rojszczakowi, że więcej nie przyjadę na te comiesięczne rozmowy. Dotychczas  na te bezowocne rozmowy straciłem mnóstwo czasu i przejechałem niepotrzebnie na trasie Niemcy – Kraków ponad 40.000 km.  Wtedy A. Rojszczak roześmiał mi się prosto w twarz, powiedział, że faktycznie to on nigdy się nie zgodzi na wpisanie mojego rozbudowanego mieszkania do ksiąg wieczystych. Powiedział mi, że tylko po to przychodziła razem z nim  ta radca prawna E. Czarnecka, żebym naiwnie wierzył w jego dobre intencje, że on zrobi wszystko, aby nie dopuścić do wpisania w księgi wieczyste mojego rozbudowanego mieszkania.  A gdy zapytałem go o cel jego działania, to mi wyjaśnił, że skoro w dniu kupna przez niego (czyli w dniu 27.9.1994 – przyp. AK) mieszkania na parterze moje rozbudowane na II piętrze mieszkanie nie zostało wpisane do ksiąg wieczystych, to on jako współwłaściciel domu postara się przejąć połowę mojego mieszkania na II piętrze, a gdyby udało mu się mnie „wykończyć”, to może przejmie to cale moje mieszkanie.

Od razu zgłosiłem się do adwokata Andrzeja Kubasa (→ w załączeniu).  Ten adwokat podjął się pilnego poprowadzenia sprawy i zgłosił, że przy takim sąsiedzie jednocześnie powinienem wpisać w księgi wieczyste wolnostojący obok domu murowany garaż, który wybudował mój ojciec w 1959 roku (po upływie ponad 38 lat nastąpiło tzw. zasiedzenie – na moją rzecz). Adwokat wyjaśnił mi, że meritum sprawy jest stan faktyczny, że A. i A. Rojszczakowie kupując mieszkanie na parterze musieli wiedzieć, że od kilku lat istnieje moje mieszkanie rozbudowane z mojej mansardy. Trzy miesiące przed kupnem przez małżeństwo Rojszczaków mieszkania w 1994 roku weszła nowa ustawa o własności lokali (w dniu 24.6.1994), a Rojszczakowie kupowali mieszkanie poprzez radcę prawnego – p. Gęsikowskiego.  Z ustawy tej wynika, że do 2 mieszkań na parterze, które stanowiły 1/3 metrażu mieszkań w domu przynależy także 1/3 udziału we współwłasności. Jednak A. Rojszczak od początku rościł sobie prawo do korzystania z ponad połowy ogrodu.  Samodzielnie – bez zgody wydziału architektury oraz mojej przerobił swoje 1- pokojowe mieszkanie na 2- pokojowe (powodując spękanie ściany w moim mieszkaniu na I piętrze). Po przekazaniu sprawy adwokatowi wyjechałem do Niemiec. Pozew do sądu w moim imieniu wniósł adwokat Kubas dopiero w dniu 2.2.1998 roku.

W marcu A. i A Rojszczakowie wyjeżdżali do USA na 1 rok.  Przed wyjazdem 19.2.1998 roku podpisali oni nasz wspólny wniosek do UMK w/s remontu dachu, gdzie dokładnie sprecyzowano zakres i termin remontu (→ w załączeniu).  Latem 1998 roku wykonałem remont dachu – dokładnie w tym zakresie, jaki był z nimi ustalony.  Za remont dachu miałem przygotowane dla A. Rojszczaka wszystkie rachunki (na kwotę ponad 80.000 zł), ale w marcu 1999 roku, po swoim powrocie z USA on kategorycznie odmówił zapłacenia swojego udziału w remoncie (czyli 1/3 kwoty = ponad 26.000 zł).  A. i A Rojszczakowie przez 7 lat nigdy nie zapłacili nawet 1 złotówki za utrzymanie wspólnego domu.  Dla dobrosąsiedzkich stosunków od 1994 roku do 1997 roku sam (wraz z moją siostrą) płaciłem za wszystkie wspólne wydatki, np. wyniesienie zaworu gazowego na zewnątrz budynku,       a nawet płaciłem początkowo A. Rojszczakowi część jego prac remontowych (gdy skończył on remont swojego mieszkania wiosną 1995 roku, to cały swój gruz wysypał w ogrodzie na część, którą „mi przydzielił”, a ja po powrocie z Niemiec ma swój koszt wywiozłem jego gruz).

Remont dachu był jednak zbyt drogi, aby zrobić sąsiadom kolejny prezent i wówczas do głównego pozwu dodałem pozew o zwrot jego części w kosztach remontu dachu).

Od powrotu z USA w marcu 1999 roku A. i A. Rojszczakowie bez przerwy, aż od tragicznej śmierci pisali na mnie donosy gdzie tylko się dało. Od nadzoru budowlanego, przez policję, aż po paskudne donosy na mnie do urzędów w Niemczech.  W sądzie w sprawie cywilnej Rojszczak wniósł mnóstwo roszczeń, które skutecznie przewlekały rozstrzygnięcie.  Krakowski sąd całymi latami od lutego 1998 roku do dzisiaj (sprawa się nie skończyła – kolejny termin 15.01.2014 !!!) prowadził tak prostą sprawę. Od lutego 1999 roku przez 2 lata jeździłem stale pomiędzy kolejnymi wezwaniami do różnych urzędów w Krakowie i w Niemczech, aby wyjaśniać fałszywe donosy Rojszczaków.

Ten absurdalny, niczym przeze mnie nie zawiniony konflikt niszczył nie tylko atmosferę w domu. Właściwie to w tym permanentnym stresie wszystko zaczęło się psuć – w mojej rodzinie, w pracy      w Niemczech (stale musiałem wyjeżdżać do Krakowa). Gdy w 2000 roku dodatkowo zamieszkali na parterze niepracujący rodzice A. Rojszczaka i konflikt stał się stały, przestałem się łudzić, że w moim rodzinnym domu da się normalnie żyć. Oczekiwałem decyzji sądu jak zbawienia, aby natychmiast sprzedać lub wynająć mieszkanie i zbudować sobie inny dom, już bez sąsiadów z piekła rodem.

W dniu 19.02.2001 sąd rejonowy dla Krakowa Śródmieścia – po 11 latach po mojej rozbudowie mojej mansardy – wydał postanowienie, że moje powiększone mieszkanie na II piętrze oraz garaż stanowią moją własność.  Niestety A. Rojszczak i od tego postanowienia się odwołał.

Odwołanie Rojszczaka dostała sędzia Hanna Błasiak z SO w Krakowie (aktualnie nazywa się ona Nowicka de Poraj, od 2005 roku została sędzią sądu apelacyjnego w Krakowie, tego który mnie sądził !). W 2001 roku  gabinet Błasiakowej sąsiadował z gabinetem mojej żony (także sędziego).  Hanna Błasiak również znała mnie, czasem jadła ciastka, które przynosiłem do sądu, piła także likier „Bayleys” (w małych buteleczkach), które co miesiąc przywoziłem z Niemiec dla koleżanek żony          z pracy.

Większość czasu od stycznia do 27.9.2001 byłem poza Polską, jak najdalej od moich sąsiadów. Rozprawa apelacyjna odbyła się dopiero 27.9.2001 (2 tyg. po ataku w Nowym Yorku, gdy wszyscy byli zszokowani). Idąc od sądu w dniu 27.9.2001 byłem szczęśliwy, że wreszcie będę mógł formalnie wpisać moje rozbudowane w 1990 roku mieszkanie, przestać się obawiać, że sąsiad jakimś cudem mi je ukradnie, a po tym je wynająć lub sprzedać i zacząć dalej normalnie żyć – tak, jak żyłem do 1994 roku oraz dnia tragedii w Niemczech).

W sądzie usłyszałem, że sędzia Błasiakowa całkowicie zmienia postanowienie sądu rejonowego,       że anuluje wpisanie mojego mieszkania na moją rzecz, zmienia postanowienie o zasiedzeniu garażu. Dotarło do mnie, że nie uda mi się uciec od moich sąsiadów, że całe moje plany na dalsze spokojne życie z moją rodziną i dwójką małych dzieci (5-latką i niemowlakiem) legły w gruzach.  Zaczęło         mi brakować powietrza i straciłem kontakt ze światem na tragiczne 30 minut.  Tak skończyło się także i moje życie. Gdyby krakowski sąd działał skutecznie i w miarę szybko, do tragedii by nie doszło. W procesie karnym oraz cywilnym (o milionowe odszkodowanie) krakowski sąd uznał,           że tylko ja jestem wszystkiemu winien, a krakowski sąd w niczym się do tragedii nie przyczynił.

Całość dokumentu w załączeniu w PDF…..

Moja Historia PDF