Strona główna

Historia przedsiębiorcy, który posiadał nieruchomość, nad którą – w porozumieniu w mieszkańcami budynku – postanowił dobudować dodatkowe piętro.

– Wnosząc  do sądu wniosek o to, by nanieść poprawki w Księdze Wieczystej okazało się, że sąsiedzi zaczęli protestować twierdząc, że należy im się część tego, co nadbudował za własne pieniądze w porozumieniu z nimi

– Sąd w pierwszej instancji zachował się zgodnie z prawem i przychylił się do wniosku. Druga strona się jednak odwołała i, co niespotykane, sąd drugiej instancji – wbrew jakiemukolwiek prawu i logice – orzekł, że pan Andrzej nie ma racji. Kilka minut po ogłoszeniu wyroku, Andrzej Kursa – działając w stanie silnego wzburzenia emocjonalnego i będąc częściowo niepoczytalnym co orzekli biegli sądowi – zastrzelił z legalnie posiadanej broni sąsiadów – dwie osoby, trzecią zaś ciężko ranił. Po tym zadzwonił na policję i oddał się w ręce wymiaru sprawiedliwości.

Jest to przykład na to, „jak bardzo niesprawiedliwy wyrok zadziałał na człowieka, który nigdy nie miał nic wspólnego z przestępcami i który był porządnym przedsiębiorcą”.

„Dopiero dwa lata temu Sąd Najwyższy uchylił prawomocny wyrok sądu drugiej instancji !!”.

O Mnie

Urodziłem się w Krakowie w 1960 roku w rodzinnym domu, który wybudował mój dziadek w 1938 roku.  Od 1978 roku 2 mieszkania na parterze ( 1- i 3-pokojowe) zostały własnością siostry mojej matki i jej córki. Pierwsze piętro z dwoma mieszkaniami (także 1- i 3-pokojowe) oraz mansarda na II piętrze zostały własnością mojej mamy, moją i mojej siostry.  Razem z moim ojcem przez wiele lat  planowaliśmy aby rozbudować moja mansardę do metrażu całej kondygnacji na II piętrze, na co całymi latami zbierałem potrzebne fundusze.  Po śmierci ojca w 1989 roku postanowiłem zrealizować nasze plany.

Odkupiłem od kuzynki wszelkie prawa własności do reszty strychu (na którym znajdowała się moja mansarda) – czyli całego II piętra (→ załączniki).  Dostałem wszelkie wymagane prawem pozwolenia na budowę i latem 1990 roku w ciągu 3 miesięcy rozbudowałem moją własna mansardę do 150 m2 – czyli do wielkości całej kondygnacji na II piętrze.  W 1990 roku dach istniejący od 1938 roku pozostał niezmieniony, został tylko podniesiony o 1 kondygnację.  Ta rozbudowa w 1990 roku pochłonęła wszystkie moje oszczędności. W Polsce perspektywy pracy były niewielkie. Mając drugie – niemieckie obywatelstwo rozpocząłem pracę w Niemczech, a za zarabiane pieniądze wykańczałem moje rozbudowane mieszkanie. Pod koniec 1993 roku mieszkanie było wykończone i umeblowane. Do zakończenia rozbudowy brakowało tylko czasochłonnych odbiorów, na które nie miałem czasu     z uwagi na moją pracę w Niemczech.

W dniu 27.9.1994 od kuzynki (która w 1990 roku sprzedała mi prawa do rozbudowy mojej mansardy) mieszkanie na parterze odkupiło małżeństwo A. i A. Rojszczaków.  Na początku 1996 roku wykonałem wszystkie odbiory budowy (→ załączniki).  Wtedy też latem 1996 roku ustaliłem      z Arturem Rojszczakiem, że notarialnie wprowadzę powiększone moje mieszkanie do ksiąg wieczystych. A. Rojszczak się oczywiście zgodził. Chciał tylko „sprecyzować szczegóły” dotyczące użytkowania np. ogrodu i poprosił o spotkanie za 1 miesiąc.  Bardzo zależało mi na utrzymaniu dobrych stosunków z nowymi mieszkańcami w domu – nasze córki były w tym samym wieku.            A. Rojszczak na kolejne spotkanie przyszedł ze swoją znajomą – radcą prawną Elżbietą Czarnecką. Ponownie poprosił on o 1 miesiąc zwłoki, zapewniając mnie, że oczywiście się zgadza na wpisanie stanu faktycznego do ksiąg wieczystych.  Przez prawie 2 lata przyjeżdżałem z Niemiec co miesiąc na te spotkania do Krakowa z małą córeczką i żoną. Pod koniec 1997 roku w końcu oświadczyłem         A. Rojszczakowi, że więcej nie przyjadę na te comiesięczne rozmowy. Dotychczas  na te bezowocne rozmowy straciłem mnóstwo czasu i przejechałem niepotrzebnie na trasie Niemcy – Kraków ponad 40.000 km.  Wtedy A. Rojszczak roześmiał mi się prosto w twarz, powiedział, że faktycznie to on nigdy się nie zgodzi na wpisanie mojego rozbudowanego mieszkania do ksiąg wieczystych. Powiedział mi, że tylko po to przychodziła razem z nim  ta radca prawna E. Czarnecka, żebym naiwnie wierzył w jego dobre intencje, że on zrobi wszystko, aby nie dopuścić do wpisania w księgi wieczyste mojego rozbudowanego mieszkania.  A gdy zapytałem go o cel jego działania, to mi wyjaśnił, że skoro w dniu kupna przez niego (czyli w dniu 27.9.1994 – przyp. AK) mieszkania na parterze moje rozbudowane na II piętrze mieszkanie nie zostało wpisane do ksiąg wieczystych, to on jako współwłaściciel domu postara się przejąć połowę mojego mieszkania na II piętrze, a gdyby udało mu się mnie „wykończyć”, to może przejmie to cale moje mieszkanie.

Od razu zgłosiłem się do adwokata Andrzeja Kubasa (→ w załączeniu).  Ten adwokat podjął się pilnego poprowadzenia sprawy i zgłosił, że przy takim sąsiedzie jednocześnie powinienem wpisać w księgi wieczyste wolnostojący obok domu murowany garaż, który wybudował mój ojciec w 1959 roku (po upływie ponad 38 lat nastąpiło tzw. zasiedzenie – na moją rzecz). Adwokat wyjaśnił mi, że meritum sprawy jest stan faktyczny, że A. i A. Rojszczakowie kupując mieszkanie na parterze musieli wiedzieć, że od kilku lat istnieje moje mieszkanie rozbudowane z mojej mansardy. Trzy miesiące przed kupnem przez małżeństwo Rojszczaków mieszkania w 1994 roku weszła nowa ustawa o własności lokali (w dniu 24.6.1994), a Rojszczakowie kupowali mieszkanie poprzez radcę prawnego – p. Gęsikowskiego.  Z ustawy tej wynika, że do 2 mieszkań na parterze, które stanowiły 1/3 metrażu mieszkań w domu przynależy także 1/3 udziału we współwłasności. Jednak A. Rojszczak od początku rościł sobie prawo do korzystania z ponad połowy ogrodu.  Samodzielnie – bez zgody wydziału architektury oraz mojej przerobił swoje 1- pokojowe mieszkanie na 2- pokojowe (powodując spękanie ściany w moim mieszkaniu na I piętrze). Po przekazaniu sprawy adwokatowi wyjechałem do Niemiec. Pozew do sądu w moim imieniu wniósł adwokat Kubas dopiero w dniu 2.2.1998 roku.

W marcu A. i A Rojszczakowie wyjeżdżali do USA na 1 rok.  Przed wyjazdem 19.2.1998 roku podpisali oni nasz wspólny wniosek do UMK w/s remontu dachu, gdzie dokładnie sprecyzowano zakres i termin remontu (→ w załączeniu).  Latem 1998 roku wykonałem remont dachu – dokładnie w tym zakresie, jaki był z nimi ustalony.  Za remont dachu miałem przygotowane dla A. Rojszczaka wszystkie rachunki (na kwotę ponad 80.000 zł), ale w marcu 1999 roku, po swoim powrocie z USA on kategorycznie odmówił zapłacenia swojego udziału w remoncie (czyli 1/3 kwoty = ponad 26.000 zł).  A. i A Rojszczakowie przez 7 lat nigdy nie zapłacili nawet 1 złotówki za utrzymanie wspólnego domu.  Dla dobrosąsiedzkich stosunków od 1994 roku do 1997 roku sam (wraz z moją siostrą) płaciłem za wszystkie wspólne wydatki, np. wyniesienie zaworu gazowego na zewnątrz budynku,       a nawet płaciłem początkowo A. Rojszczakowi część jego prac remontowych (gdy skończył on remont swojego mieszkania wiosną 1995 roku, to cały swój gruz wysypał w ogrodzie na część, którą „mi przydzielił”, a ja po powrocie z Niemiec ma swój koszt wywiozłem jego gruz).

Remont dachu był jednak zbyt drogi, aby zrobić sąsiadom kolejny prezent i wówczas do głównego pozwu dodałem pozew o zwrot jego części w kosztach remontu dachu).

Od powrotu z USA w marcu 1999 roku A. i A. Rojszczakowie bez przerwy, aż od tragicznej śmierci pisali na mnie donosy gdzie tylko się dało. Od nadzoru budowlanego, przez policję, aż po paskudne donosy na mnie do urzędów w Niemczech.  W sądzie w sprawie cywilnej Rojszczak wniósł mnóstwo roszczeń, które skutecznie przewlekały rozstrzygnięcie.  Krakowski sąd całymi latami od lutego 1998 roku do dzisiaj (sprawa się nie skończyła – kolejny termin 15.01.2014 !!!) prowadził tak prostą sprawę. Od lutego 1999 roku przez 2 lata jeździłem stale pomiędzy kolejnymi wezwaniami do różnych urzędów w Krakowie i w Niemczech, aby wyjaśniać fałszywe donosy Rojszczaków.

Ten absurdalny, niczym przeze mnie nie zawiniony konflikt niszczył nie tylko atmosferę w domu. Właściwie to w tym permanentnym stresie wszystko zaczęło się psuć – w mojej rodzinie, w pracy      w Niemczech (stale musiałem wyjeżdżać do Krakowa). Gdy w 2000 roku dodatkowo zamieszkali na parterze niepracujący rodzice A. Rojszczaka i konflikt stał się stały, przestałem się łudzić, że w moim rodzinnym domu da się normalnie żyć. Oczekiwałem decyzji sądu jak zbawienia, aby natychmiast sprzedać lub wynająć mieszkanie i zbudować sobie inny dom, już bez sąsiadów z piekła rodem.

W dniu 19.02.2001 sąd rejonowy dla Krakowa Śródmieścia – po 11 latach po mojej rozbudowie mojej mansardy – wydał postanowienie, że moje powiększone mieszkanie na II piętrze oraz garaż stanowią moją własność.  Niestety A. Rojszczak i od tego postanowienia się odwołał.

Odwołanie Rojszczaka dostała sędzia Hanna Błasiak z SO w Krakowie (aktualnie nazywa się ona Nowicka de Poraj, od 2005 roku została sędzią sądu apelacyjnego w Krakowie, tego który mnie sądził !). W 2001 roku  gabinet Błasiakowej sąsiadował z gabinetem mojej żony (także sędziego).  Hanna Błasiak również znała mnie, czasem jadła ciastka, które przynosiłem do sądu, piła także likier „Bayleys” (w małych buteleczkach), które co miesiąc przywoziłem z Niemiec dla koleżanek żony          z pracy.

Większość czasu od stycznia do 27.9.2001 byłem poza Polską, jak najdalej od moich sąsiadów. Rozprawa apelacyjna odbyła się dopiero 27.9.2001 (2 tyg. po ataku w Nowym Yorku, gdy wszyscy byli zszokowani). Idąc od sądu w dniu 27.9.2001 byłem szczęśliwy, że wreszcie będę mógł formalnie wpisać moje rozbudowane w 1990 roku mieszkanie, przestać się obawiać, że sąsiad jakimś cudem mi je ukradnie, a po tym je wynająć lub sprzedać i zacząć dalej normalnie żyć – tak, jak żyłem do 1994 roku oraz dnia tragedii w Niemczech).

W sądzie usłyszałem, że sędzia Błasiakowa całkowicie zmienia postanowienie sądu rejonowego,       że anuluje wpisanie mojego mieszkania na moją rzecz, zmienia postanowienie o zasiedzeniu garażu. Dotarło do mnie, że nie uda mi się uciec od moich sąsiadów, że całe moje plany na dalsze spokojne życie z moją rodziną i dwójką małych dzieci (5-latką i niemowlakiem) legły w gruzach.  Zaczęło         mi brakować powietrza i straciłem kontakt ze światem na tragiczne 30 minut.  Tak skończyło się także i moje życie. Gdyby krakowski sąd działał skutecznie i w miarę szybko, do tragedii by nie doszło. W procesie karnym oraz cywilnym (o milionowe odszkodowanie) krakowski sąd uznał,           że tylko ja jestem wszystkiemu winien, a krakowski sąd w niczym się do tragedii nie przyczynił.

Całość dokumentu w załączeniu w PDF…..

Moja Historia PDF

Kontakt

mgr inż. Andrzej Kursa

Zakład Karny Wojkowice:

42-580 Wojkowice, ul. Sobieskiego 298

tel. 032-296 16 00